Kandydat republikanów po raz pierwszy przedstawił swoją wizję amerykańskiej polityki zagranicznej.

Niezdecydowanie w polityce zagranicznej, brak wsparcia dla sojuszników USA i idei wolnego handlu – to główne zarzuty dotyczące polityki zagranicznej prezydenta Baracka Obamy wysunięte w poniedziałek przez republikańskiego pretendenta do Białego Domu Mitta Romney’a.

W Virginia Military Institute w Lexington Romney wygłosił pierwsze podczas tej kampanii przemówienie dotyczące polityki zagranicznej. Po wygranej debacie telewizyjnej republikanin złapał wiatr w żagle. Ogłoszone w poniedziałek rano wyniki sondażu Gallupa wskazują, że Romney zrównał się z Obamą – obaj mają poparcie 47 proc. wyborców. W poprzednim badaniu, przeprowadzonym trzy dni przed ubiegłotygodniową debatą, urzędujący prezydent miał nad rywalem aż 5 punktów proc. przewagi (50-45).

Czas deklaracji

Kolejne telewizyjne starcie dotyczyć ma problemów międzynarodowych i Romney postanowił pójść za ciosem. „Tam, gdzie prezydent Obama okazał słabość, nowa administracja wykaże siłę i zdolność do rozwiązywania problemów. Nigdy też nie zawaha się przed mówieniem o wartościach ważnych dla Amerykanów” – zapowiadał sztab wyborczy republikanina przed samym wystąpieniem.

Republikański pretendent do Białego Domu opowiedział się w Virginia Military Institute za wzmocnieniem militarnej obecności Stanów Zjednoczonych na świecie oraz za zacieśnianiem stosunków z Izraelem. Liczy tym samym na pozyskanie głosów Amerykanów żydowskiego pochodzenia, którzy cztery lata temu w 78 proc. poparli Obamę.

Więcej zdecydowania

– Sama nadzieja to żadna strategia. Nie możemy wspierać naszych sojuszników i zwalczać wrogów na Bliskim Wschodzie, kiedy za słowami nie pójdą czyny – uważa Romney, który opowiada się za zasadniczą zmianą polityki USA w tym regionie świata. Były gubernator Massachusetts utrzymuje także, że zagrożenie terroryzmem nie słabnie, a atak na konsulat USA w libijskim Bengali 11 września br. nie wynikał jedynie z erupcji gniewu po upublicznieniu fragmentów filmu obrażającego proroka Mahometa. Przypomniał także, że prezydent Obama w ciągu minionych czterech lat nie podpisał żadnego nowego traktatu o wolnym handlu. „Odwrócę ten trend” – obiecał.

Było to ważne dla przebiegu kampanii wystąpienie. Romney chce pokazać wyborcom, że będzie odpowiedzialnym przywódcą wolnego świata. W tej jednak dziedzinie Obama jako urzędujący prezydent ma wyraźną przewagę. Sprzyjające mu media z upodobaniem przypominają szereg wpadek i gaf dyplomatycznych popełnionych przez Romney’a. Republikanin wymienił na przykład Rosję zamiast Chin czy Iranu jako głównego przeciwnika USA oraz skrytykował przygotowania Brytyjczyków do igrzysk olimpijskich w Londynie. Niezręcznością było także nazwanie Jerozolimy stolicą Izraela, bo oficjalnie Waszyngton unika tego rodzaju deklaracji.

Małe różnice

Mimo deklaracji i krytyki większość ekspertów uważa, że dyplomacja USA niewiele by się zmieniła po ewentualnym wyborczym zwycięstwie Romney’a. – Prezydenci nie mogą robić tego, na co mieliby ochotę – przypomina James Lindsay, wiceprezes Rady ds. Stosunków Międzynarodowych – muszą zmierzyć się ze skomplikowaną sytuacją międzynarodową, która znacznie ogranicza ich pole manewru. Poza tym pomimo retorycznych popisów wizje polityki zagranicznej w wydaniu Obamy i Romney’a są podobne.

Jeszcze przed wygłoszeniem przemówienia rzeczniczka prasowa kampanii Obamy Jen Psaki zaatakowała Romney’a. – Nie będziemy wysłuchiwać pouczeń od kogoś, kto popełniał katastrofalne błędy za każdym razem, gdy zabierał się za politykę zagraniczną – powiedziała dziennikarzom towarzyszącym prezydentowi w Kalifornii.

Tomasz Deptuła

Rzeczpospolita