Europa niebawem wróci do porządku sprzed drugiej wojny światowej, kiedy to suwerenne państwa narodowe realizowały własne interesy – pisze amerykański politolog.

Obecnie porządek międzynarodowy opiera się na trzech filarach: Stanach Zjednoczonych, Europie i Chinach. Europa, gdyby się zjednoczyła, miałaby z grubsza taki sam potencjał jak Stany Zjednoczone w kategoriach gospodarki, liczby ludności i potęgi militarnej. Chiny pod względem gospodarczym odpowiadają mniej więcej jednej trzeciej pozostałych dwóch potęg, ale stanowią siłę napędową świata, co wzmacnia ich pozycję.

Fundamentalnym problemem dla świata jest fakt, że dwa z tych trzech filarów stoją wobec zasadniczego kryzysu, natomiast trzeci, Stany Zjednoczone, wyglądają na silne jedynie w porównaniu z pozostałymi. Europa znalazła się w recesji, przeżywa kryzys sektora bankowego i długu państwowego i stara się pogodzić rozbieżne interesy narodowe, które miały zlać się w zjednoczonej Europie. Chiny, których gospodarka uzależniona jest od eksportu, stają wobec faktu, iż wiele produkowanych tam towarów przestaje być konkurencyjnych na rynku międzynarodowym z powodu rosnących kosztów pracy i nieruchomości. W rezultacie pojawiają się narastające napięcia w obrębie rządzącej partii komunistycznej w kwestii kierunku rozwoju, jaki powinna przyjąć.

Ameryka bez konkurenta

Stany Zjednoczone mają skromny wzrost gospodarczy i mimo retorycznych deklaracji nie stoją wobec zasadniczych problemów politycznych. Przetrwanie Unii Europejskiej stoi pod poważnym znakiem zapytania, zdolność Chin do odzyskania tempa wzrostu gospodarczego jest wątpliwa, natomiast Stanom Zjednoczonym nie grozi tak poważny kryzys polityczny. To prawda, na horyzoncie widoczny jest klif fiskalny, ale w amerykańskiej kulturze politycznej każdy kryzys obwoływany jest apokalipsą. Znacznie łatwiej wyobrazić sobie rozwiązanie bieżących problemów politycznych Stanów Zjednoczonych aniżeli sprostanie przez Europę i Chiny wyzwaniom, przed jakimi stoją.

Stratfor szeroko pisał o tym, dlaczego uważamy, że kryzysy europejski i chiński są nierozwiązywalne, i nie będę powtarzał tutaj tych argumentów. Nie twierdzę tu, że Europa i Chiny zapadną się pod ziemię, ale że każde z nich znacząco zmieni się. Europa nie stanie się zjednoczonym organizmem, ale wróci do partykularnych interesów poszczególnych krajów, pozostając wszakże nadal zamożnym kontynentem. Chiny pozostaną ważną potęgą gospodarczą, ale przestaną pełnić rolę siły napędowej światowej gospodarki, czego skutkiem będą kryzysy instytucjonalne. By powtórzyć, potęgi te nie znikną z mapy świata, ale radykalnie zmienią swój sposób działania i swoje oczekiwania.

Ponieważ potęga to rzecz względna, nie pozostanie żaden konkurent dla Stanów Zjednoczonych, gdy chodzi o międzynarodową dominację – nie dlatego, że Stany Zjednoczone odnoszą specjalne sukcesy, ale dlatego, że pozostali takich sukcesów mają jeszcze mniej.

Stany Zjednoczone muszą już teraz podjąć pewną decyzję. Czy jako wiodąca potęga powinny starać się utrzymać porządek polityczny, jaki istniał przez ostatnie dwadzieścia lat, czy też powinny pozwolić mu odejść w przeszłość. Może lepiej byłoby zapytać, czy Stany Zjednoczone są wystarczająco silne, aby zachować zjednoczoną Europę i wysoki wzrost gospodarczy w Chinach, a jeśli tak, to czy obecny układ sił na świecie warto zachowywać z amerykańskiego punktu widzenia?

Chińskie ekscesy

Stany Zjednoczone nie robią nic, aby ustabilizować Europę lub Chiny. Nawet przy posiadanych przez Stany Zjednoczone zasobach nie wiadomo, czy zdołają coś zrobić w tym kierunku. Potrzeby finansowe Europy przerastają jej polityczną zdolność do wspólnego działania. Europa nie potrzebuje amerykańskiego przywództwa, a Stany Zjednoczone nie potrzebują brać na siebie europejskiego ciężaru. Jedynym rozwiązaniem kryzysu europejskiego jest sytuacja, w której jakiś podmiot zewnętrzny zaspokoi potrzeby finansowe dłużników, zabezpieczając w ten sposób wypłatę odsetek wierzycielom. Nawet biorąc pod uwagę ewentualne skutki dla Stanów Zjednoczonych, adoptowanie Europy nie jest ani możliwe, ani pożądane.

(…)

George Friedman

aby przeczytać całość kliknij tutaj

Rzeczpospolita