Rozbudowane państwo administracyjne było 
do niedawna bardzo atrakcyjne nie tylko 
dla samych Europejczyków, ale również dla amerykańskich turystów. Nagle w krajach takich 
jak Francja, Niemcy 
i Holandia oświetlone 
w nocy mosty i autostrady mogły im się wydać ósmym cudem świata – pisze główny analityk 
ds. geopolitycznych Stratfor.

Najgorsze lata wojny w Iraku były gwiezdnym czasem dla najbutniejszych Europejczyków. Pamiętam, jak w połowie ubiegłej dekady jeździłem na konferencje do Europy i jeden brukselski biurokrata po drugim pouczali mnie, z ledwo skrywaną arogancją, o moralnej wyższości Starego Kontynentu nad Stanami Zjednoczonymi. Podczas gdy rzekomo niezwyciężona Ameryka uwikłała się w nierozwiązywalny konflikt w Mezopotamii, pokazując przy okazji ograniczenia i zasadzki związane z nadmierną wiarą w twardą siłę, Europa pławiła się w chwale. Jej światowe wpływy wynikały z miękkiej siły, zbudowanej na sprawnej dyplomacji, umiejętności szukania kompromisu i humanitaryzmie społecznego państwa opiekuńczego.

Ekonomiczny upadek tego modelu – czyli właśnie europejskiego państwa opiekuńczego – w ostatnich kilku latach zagraża dziś miękkiej sile Europy, a co za tym idzie – jej moralnej wizji samej siebie. Miękka siła, tak jak ją definiuje politolog z Harvardu, Joseph Nye, to między innymi umiejętność stosowania perswazji w świecie rządzonym przez media. A w przypadku Europy taka siła pochodzi ostatecznie z jej ekonomicznego i politycznego modelu.

Cudowne dekady

W „Powojniu: Historii Europy od 1945″ nieżyjący już historyk z Uniwersytetu Nowojorskiego Tony Judt, pokazuje, jak współczesne państwo opiekuńcze, które osiągnęło swoje apogeum w latach 60. i na początku 70., było postrzegane jako ostateczne, biurokratyczne lekarstwo na straszliwą przeszłość Europy. W reakcji na ludobójstwo dwóch wojen światowych rządy postawiły na dobrotliwy porządek administracyjny, który „zawsze sprawdza się lepiej niż nieograniczony rynek”, jeżeli chodzi o ochronę interesów obywateli, realizację zasad sprawiedliwości społecznej i dbanie o „kulturową witalność”. Judt, opisując cudowne dekady przypadające na środek zimnej wojny w Europie Zachodniej, stwierdza, że państwo „napędzało tryby gospodarki, polityki i społeczeństwa na wiele sposobów”.

Państwowych posad nie brakowało, podobnie jak szczodrych emerytur i opieki zdrowotnej. Filozof i historyk mogli szukać głębszych odpowiedzi na pytanie o Holokaust i inne okropności pierwszej połowy XX wieku w Europie, ale dla polityka i ekonomisty była tylko jedna dobra recepta na minione zło: współczesne państwo opiekuńcze.

Rozbudowane państwo administracyjne było do niedawna bardzo atrakcyjne, nie tylko dla samych Europejczyków, ale również dla amerykańskich turystów, którzy przybywali z kraju podupadających kolei i firm autobusowych, zapuszczonych lotnisk w dużych miastach i rozpadających się autostrad i mostów – nie wspominając już o marnym poziomie usług publicznych jako takich. Nagle w krajach takich jak Francja, Niemcy i Holandia odkrywali raj nowoczesnych pociągów, postmodernistycznych terminali lotniskowych, zaś oświetlone w nocy mosty i autostrady mogły im się wydać ósmym cudem świata. Wydawało się, że europejskie państwo ze swoimi wysokimi podatkami może sobie na to pozwolić. To dlatego konserwatywni politycy w Europie często z dumą sytuowali się na lewo od lewicy w Stanach Zjednoczonych.

Europejskie standardy

Samo państwo było fundamentem, na którym opierała się w dużej mierze cała Europa. W swojej klasycznej pozycji „Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999″ historyk z Yale Timothy Snider pisze o „europejskich standardach”, do których Polacy i inne narody, które znalazły się w bloku komunistycznym, aspirowały w okresie wybijania się na niepodległość w latach 1989–1991.

(…)

Robert D. Kaplan

Rzeczpospolita

aby przeczytać całość kliknij tutaj