No i stało się! Zgodnie z przewidywaniami części fachowców prawe kolano Derricka Rose’a nie wytrzymało obciążeń i podczas meczu Chicago Bulls z Portland Trail Blazers czarnoskóry gwiazdor padł na parkiet z kontuzjowaną łąkotką.
Rose wrócił już do “Wietrznego Miasta” i jutro przejdzie operację, a poprowadzi ją Brian Cole, ten sam chirurg, który półtora roku temu ratował lewe kolano po zerwaniu wiązadeł krzyżowych. Czarnoskóry rozgrywający “Byków” wrócił do gry dopiero miesiąc temu i na dobrą sprawę rozegrał tylko jeden mecz na poziomie, do którego nas przyzwyczaił. Wzniósł się na wyżyny w starciu z Indiana Pacers, poza tym grał przeciętnie, ale nie to było najważniejsze, wszak do finałów ligi NBA mamy jeszcze pół roku. Kontuzja oznacza rozbrat z koszykówką na kilka, a może kilkanaście tygodni. Ogranicza to nieco szanse Bulls na awans do playoffs, aczkolwiek najważniejsze mecze toczyć się będą dopiero od kwietnia, a do tego czasu chicagowianin powinien wrócić do pełnej dyspozycji.
Osobną kwestią jest jak będzie przechodzić rehabilitację Rose, który przekładał jak się dało termin powrotu na parkiet. Jeden z najbardziej utalentowanych koszykarzy świata nie lubi siłowni i ćwiczeń z przyrządami, być może to było przyczyną uszkodzenia łąkotki gdy zdrowe kolano nie wzmocnione treningiem siłowym nie wytrzymało. Po powrocie oba kolana będą po zabiegach i może się okazać, że działacze Bulls popełnili duży błąd podpisując wieloletni kontrakt z afroamerykańskim graczem za ogromne pieniądze. Rose to zawodnik jak na NBA niewysoki, bo mierzący 191 cm wzrostu, jego niesamowita skuteczność brała się z szybkości i siły, a po operacjach może być z tym różnie.
Rose, gdyby historia potoczyła się inaczej, grałby zapewne w barwach “Byków” z Jay’em Williamsem. To było także cudowne dziecko amerykańskiego basketu. Bulls wybrały go z numerem 2 w naborze w 2002 roku. Po pierwszym, bardzo udanym dla ówczesnego 22-latka sezonie nadeszły wakacje. Brawurowa jazda motocyklem doprowadziła do wypadku na rogu Fletcher i Honore, Williams łamie miednicę, zrywa wiązadła krzyżowe w (uwaga!) lewym kolanie i uszkadza nerw w nodze. Nie ma motocyklowego prawa jazdy i kasku na głowie. Cudem uchodzi z życiem. Jego sportowa kariera jest skończona. Włodarze chicagowskiego klubu, choć zawodnik złamał warunki kontraktu, wypłaciły mu 3 miliony dolarów by mógł dojść do siebie. Nic z tego jednak nie wyszło.
Losy drużyny Bulls ułożyłyby się jeszcze inaczej gdyby nie strzelanina, która miała miejsce 20 listopada 1984 roku na Vincennes Avenue, w południowej części aglomeracji chicagowskiej. 16-letni Billy Moore zabija o rok starszego Bena Wilsona, najlepszego na świecie koszykarza swojego pokolenia, marzącego o grze w barwach Chicago Bulls. Jak dobrze musiał grać ten młodzieniec – nazwany przez swojego trenera Magikiem Johnsonem z rzutem z wyskoku – niech świadczy fakt, że gdy do tej samej szkoły, Simeon Academy trafi 19 lat później Derrick Rose wybierze numer 25. Ten sam, który nosił Wilson, dziś legenda południowej części Chicago. Dla uhonorowania pamięci Wilsona ten numer wybrało wielu graczy, także z NBA. Film o tragicznych losach młodego geniusza basketu pt. „Benji” wyemitowała kilkukrotnie telewizja ESPN.
Tekst i zdjęcie
Sławek Sobczak
meritum.us
