Chicago Blackhawks nie zwalnia tempa! Po zdecydowanych zwycięstwach nad drużynami z samego szczytu NHL: L.A.Kings, Anaheim Ducks, San Jose Sharks, St. Louis Blues i Tampa Bay Lightning wczoraj przyszła kolej na Nashville Predators.
Wyjazdowa wygrana 3:1 nad dotychczasowym liderem Grupy Centralnej Konferencji Zachodniej tym bardziej była imponująca, gdyż odniesiona została w stylu wręcz zapierającym dech. Niecałe 24 godziny po meczu z Montreal Canadiens w United Center i długiej podróży do “Music City” (chicagowianie zameldowali się w hotelu o 2:00 rano, a 2 godziny później musieli opuścić swoje pokoje z powodu alarmu) Hawks dominowali na lodowisku rywala prawie przez pełne 60 minut meczu.
Jedynie przez pierwsze 5 minut trzeciej tercji gospodarze odzyskali nieco wigoru i nadziei na pozytywny rezultat, zresztą strzelając w tym czasie jednego gola. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie Nashville do bramki Scotta Darlinga w tym pojedynku. Na więcej Hawks gospodarzom nie pozwoliły. Pisząc “gospodarzom” uśmiech pojawia się na twarzach na pewno wszystkich kibiców chicagowian, bowiem na trybunach Bridgestone Arena było mniej więcej tyle samo fanów gości co Predators.
Podobnie jak dzień wcześniej, tak i w sobotę cała ekipa Blackhawks wypełniała swoje zadania na lodowisku prawie bezbłędnie. Nawet jeśli zdarzyła się jakaś mała pomyłka to wspomniany Darling wprowadzał szybką korektę w scenariuszu, broniąc w niebezpiecznych sytuacjach bardzo pewnie. Jeden zawodnik Hawks zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie. Brandon Saad nie tylko zdobył piękną bramkę (w środkowej części lodowiska Duncan Keith przechwycił krążek i podał do swojego napastnika) ale wypracował również drugiego gola dla Hawks rajdem przez połowę lodowiska i wystawieniem krążka Marianowi Hossie w taki sposób, że Słowak z 2 metrów wpakował go do pustej bramki. Przy drugim trafieniu chicagowian asystę zaliczył także Brent Seabrook, który w tempo podał do rozpędzającego się Saada.
Największym pechowcem sobotniej potyczki wśród hokeistów Hawks był Bryan Bickell, który już na początku meczu został uderzony kijem w twarz i potrzebował pomocy lekarza (tylko sędziowie nie widzieli całego zajścia na lodowisku i nie ukarali Nashville czterominutową karą). Nieciekawej przygody Bickella ciąg dalszy nastąpił w 3. tercji, gdy obrońca gospodarzy Seth Jones popchnął chicagowianina na bramkę Pekka Rinne tak mocno, że oglądający mecz aż sami musieli krzyknąć z bólu.
Na szczęście Bryan Bickell do mięczaków nie należy i po tych paru niefortunnych zajściach zawsze wracał na lód.
Była to 6. wygrana z rzędu Blackhawks, a dziewiąta odniesiona w ostatnich 10 spotkaniach. Kolejne 3 pojedynki chicagowianie rozegrają na wyjeździe grając z N.J. Devils, Boston Bruins i jedną z większych niespodzianek tegorocznego sezonu NHL – N.Y. Islanders.
* NASHVILLE PREDATORS – CHICAGO BLACKHAWKS 1:3 (0:1, 0:1, 1:1)
0:1 Saad (6. gol w sezonie) asysta: Keith 14.53 min.
0:2 Hossa (4.) asysty: Saad i Seabrook 22.48 min.
1:2 Wilson (6.) asysty: Bartley i Fisher 40.34 min.
1:3 Hossa (5., do pustej bramki) bez asysty: 58.49 min.
Strzały na bramkę: 33-31 na korzyść Predators
Najbliższy mecz Blackhawks we wtorek, 9 grudnia, na wyjeździe przeciw New Jersey Devils (początek 6 PM).
Leszek Zuwalski
meritum.us
