Sukcesy prawicowej Tea Party inspirują do walki sympatyków Partii Kawy.
Gdy ponad pół roku temu pisaliśmy na łamach „Rz” o powstaniu Coffee Party, w amerykańskich kawiarniach i barach odbywały się dopiero pierwsze spotkania zwolenników nowego liberalnego ruchu. Od tego czasu slogan „Obudź się i powstań” zainspirował do poparcia konkurenta konserwatywnej Partii Herbacianej ponad 312 tysięcy Amerykanów.
– Byłam już tak zmęczona Tea Party, że musiałam powiedzieć, co myślę. Na mój apel odpowiedziała grupa innych ludzi i założyliśmy własny ruch – tłumaczy liderka Coffee Party Annabel Park, 41-letnia drobna brunetka mieszkająca w Woodbridge, niewielkim mieście położonym niecałą godzinę drogi od Waszyngtonu.
W rozmowach z dziennikarzami podkreśla, że nowe ugrupowanie założyła między innymi dlatego, że w przeciwieństwie do zwolenników ruchu herbacianego nie uważa, by rząd był wrogiem zwykłych ludzi. Sympatycy Partii Kawy chcą współpracować z władzami i „wspierać polityków, którzy proponują konstruktywne rozwiązania problemów kraju”.
Zwolennicy Coffee Party spotkali się już nawet na pierwszej konwencji wyborczej. I chociaż sympatykom ruchu kawoszy marzy się stworzenie znaczącej partii politycznej, to na razie bardzo daleko im do potęgi ugrupowania herbacianego.
Konserwatywna wojna domowa?
Dzięki powszechnej w Ameryce niechęci do rządzących w ciągu niecałych dwóch lat istnienia prawicowa Tea Party zdobyła tak wielką popularność, że w listopadowych wyborach wspiera 129 kandydatów do Izby Reprezentantów. Ponad 30 z nich ma według sondaży tak dużą przewagę nad konkurentami, że może już przygotowywać zaproszenia na powyborczą zwycięską herbatkę.
O miejsce w Senacie walczy też dziewięciu kandydatów związanych z Tea Party. Jeżeli chociaż część z nich wygra, to w nowym Kongresie liderzy herbacianego ruchu będą się mogli stać poważną siłą. Nawet niektórzy republikanie obawiają się, że pojawienie się na Kapitolu polityków z Tea Party, którzy mają często bardzo radykalne poglądy i niewielkie doświadczenie w sprawowaniu funkcji publicznych, może doprowadzić do wojny domowej w parlamentarnym obozie konserwatystów.
Nawet jeśli do takiej wojny nie dojdzie, to przedstawiciele herbacianego ruchu z pewnością będą się starali skierować liderów Partii Republikańskiej bardziej na prawo niż dotychczas. Zdaniem wielu analityków ich upór praktycznie uniemożliwi zawieranie kompromisu w sprawach dotyczących podatków, reformy zdrowia czy deficytu budżetowego.
Demokraci jeszcze żyją
Sondaże prognozują, że 2 listopada większość Amerykanów zdecyduje przy urnach, że to republikanie powinni przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów.
Demokratyczni politycy wciąż jednak podkreślają, że wyniki tegorocznych wyborów wcale nie są przesądzone. W wielu okręgach kandydaci demokratów i republikanów idą łeb w łeb.
– Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem – podkreślił były prezydent Bill Clinton w wywiadzie dla ABC News. Dodał, że wykluczanie zwycięstwa demokratycznych kandydatów byłoby wielkim błędem. – Pogłoski o naszej śmierci są przesadzone – stwierdził były prezydent USA.
Jacek Przybylski – korespondencja z Waszyngtonu
Rzeczpospolita

