Wielka Brytania przez dziesięciolecia była postrzegana jako najwierniejszy partner Stanów Zjednoczonych. Bo i Amerykanie nigdy nie mieli w Europie drugiego tak oddanego sojusznika. Nic jednak nie jest wieczne. Wszystko do czasu… W tym konkretnym przypadku cezurę stanowi objęcie prezydentury w USA przez Baracka Obamę. Rewelacje witryny WikiLeaks unaoczniają opinii publicznej skalę oziębienia relacji na linii Waszyngton – Londyn za czasów nowej administracji największego mocarstwa na świecie. Opisywana w sekretnych raportach nerwowość Wyspiarzy zdaje się być w pełni uzasadniona, wszak przecież nie mogli spodziewać się lekko lekceważącego traktowania ze strony swojej “bezgranicznej miłości”. Czyżby obecne sensacje WL miały zmienić stosunki między zainteresowanymi krajami?
Inna sprawa, że jakoś publikowane przez WikiLeaks tajne raporty głównie uderzają – a czasami nawet kompromitują – Obamową ekipę. Może i w tym, wyjątkowo spektakularnym przypadku mamy do czynienia z przeciekiem kontrolowanym? Jak to miało miejsce wcześniej w wielu krajach świata, kiedy to niespodziewanie określone media zbijały kapitał popularności upubliczniając sekretne, a zarazem sensacyjne informacje. Faktycznie jednak zmiatały konkretne persony, a nawet całe rządy, poniekąd na zlecenie służb specjalnych. I nieważne czy robiły to świadomie, czy też bezwiednie, licząc li tylko na zyskanie ogólnego poklasku. Skutek był jeden: dobrowolna lub wymuszona dymisja aktualnie panujących. Bez względu na to, czy mieliśmy do czynienia z monarchią, autokratycznymi rządami komunistycznymi lub też z zachodnią demokracją – scenariusz zawsze był ten sam, a finał powstałego zamieszania podobny…
Leszek Pieśniakiewicz
meritum.us
Brytyjscy politycy mieli “paranoiczną” obsesję na punkcie “specjalnych stosunków” z USA – wynika z depesz dyplomatycznych publikowanych przez sobotnie media za WikiLeaks.
Amerykańscy dyplomaci prywatnie sobie z niej kpili, ale oficjalnie podtrzymywali Brytyjczyków w przeświadczeniu, że stosunki dwustronne rzeczywiście są specjalne.
“Obecny okres wyolbrzymionych spekulacji na temat dwustronnych stosunków jest bardziej paranoiczny niż zwykle (…) To wczytywanie w nie tego, czego w nich nie ma, byłoby nawet zabawne, gdyby nie było tak destrukcyjne” – napisał zastępca szefa placówki dyplomatycznej USA w Londynie Richard LeBaron.
Po inauguracji Baracka Obamy na prezydenta USA brytyjskie media dużo pisały na temat perspektywy dla stosunków brytyjsko-amerykańskich za jego rządów. Uwypuklano m.in. to, że Obama usunął popiersie Winstona Churchilla ze swego gabinetu. Zastanawiano się nawet, czy Obama nie ma za złe Brytyjczykom, że jeden z jego przodków z Kenii był represjonowany przez brytyjskie władze kolonialne za udział w powstaniu Mau Mau.
Przedstawiciele brytyjskiego rządu pytali też ambasadę USA w Londynie, czy Obama w swym inauguracyjnym przemówieniu prezydenckim umieści jakieś odniesienie do stosunków z Londynem, i byli rozczarowani wzmianką o George’u Washingtonie, który pokonał Brytyjczyków w amerykańskiej wojnie o niepodległość.
LeBaron zasugerował w swej depeszy, że “brytyjska tęsknota za aprobatą Waszyngtonu” może być politycznie zdyskontowana przez Amerykanów. Dlatego radził Waszyngtonowi, by oparł się pokusie wyprowadzenia Brytyjczyków z błędu, ponieważ Londyn przekonany o “specjalnych stosunkach” będzie bardziej skłonny do pomocy Amerykanom.
“Zaangażowanie przez W. Brytanię środków finansowych, wojskowych i dyplomatycznych do wsparcia globalnych priorytetów USA nie ma sobie równych” – napisał nr 2 ambasady USA w Londynie w swej depeszy dyplomatycznej.
Z innych depesz wynika m.in., że wysocy rangą politycy partii konserwatywnej: William Hague (sprawy zagraniczne) i Liam Fox (obrona) w okresie przedwyborczym zapewniali Amerykanów o swej silnej proamerykańskiej orientacji.
W czasie spotkania z LeBaronem z 2008 r. Hague zapewnił, że lider torysów, obecny premier David Cameron, Fox (wówczas opozycyjny rzecznik ds. obrony) i on sam są “dziećmi Margaret Thatcher”, mając na myśli jej silnie proamerykańską politykę i bliskie polityczne stosunki z ówczesnym prezydentem Ronaldem Reaganem.
Z kolei Fox w rozmowie z ambasadorem USA w Londynie Louisem Susmanem w ub.r. zapewnił, że stosunki Londynu z Waszyngtonem będą szczególnie bliskie w obronności i będą rozwijane m.in. w celu zwiększenia zakresu operacyjnego współdziałania sił zbrojnych obu państw. W tym kontekście zasugerował, że Londyn może zwiększyć zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego.
– To, co wychodzi z tych depesz, to wszechobecny brak poczucia bezpieczeństwa Brytyjczyków w ich stosunkach z Waszyngtonem – sądzi komentator dyplomatyczny BBC Jonathan Marcus. – Widać to w sposobie interpretowania w Londynie niektórych wczesnych działań Baracka Obamy – dodał.
Opublikowane wcześniej przecieki sugerowały, że Amerykanie mają niskie wyobrażenie o brytyjskiej operacji wojskowej na południu Afganistanu. W piątek sekretarz stanu Hillary Clinton przeprosiła za te opinie brytyjski rząd i opinię publiczną.
Ciekawe, czy dla dumnych Anglików te przeprosiny wystarczą? Nie da się ukryć, iż dla gentlemanów takie zakulisowe gry stanowią dyshonor, wręcz potwarz. Raczej wydaje się pewne, iż w relacjach z obecną administracją Stanów Zjednoczonych Wielka Brytania nie będzie do końca szczera. A w najlepszym wypadku lekko zdystansowana.
LP meritum.us, PAP
