Kto płacze po odpadnięciu naszych “Jastrzębi” z batalii o Puchar Stanley’a? Kibice chicagowscy? Owszem. Kierownictwo Blackhawks i sami zawodnicy? Na pewno także. Okazuje się jednak, iż ubolewa z tego powodu także… szefostwo NHL i telewizja NBC.

Komisarz National Hockey League Gary Bettman będzie robił dobrą minę do złej gry mówiąc o wyższości czysto sportowej rywalizacji nad czynnikami ekonomicznymi, posiadająca jednak wyłączność na transmisje telewizyjne ze ścisłego finału najlepszej hokejowej ligi świata stacja NBC nie ma się co krygować. Zapłaciła wszak za prawo do pokazywania playoffs z ostatnią batalią włącznie fortunę to i liczyła na maksymalne zyski. A dobór finalistów z góry je zredukował.

Ostatnią parę walki o Stanley Cup tworzą Los Angeles Kings i New York Rangers. Czyli zespoły z dwóch największych aglomeracji Ameryki. Tyle tylko, że akurat obie drużyny nie stanowią maksymalnego magnesu przyciągającego fanów hokeja przed odbiorniki telewizyjne. Na świecie, w USA a także w tychże wymienionych miastach-molochach. Wszak w siedzibie “Królów” faktycznie króluje koszykówka, co oznacza, iż maksymalne zainteresowanie ukierunkowane jest na LA Lakers. Z kolei w “Wielkim Jabłku” ponad wszystko kocha się Yankees – legendarny miejscowy klub baseballowy. A hokej? Owszem, szanuje się tam, ale już nie uwielbia. Co z góry ogranicza możliwe zyski.

Tajemnicą poliszynela jest, iż ostatnią parą marzeniem – tak dla NHL jak i NBC – byłaby rywalizacja na linii Chicago – Montreal. Hawks bowiem to wielka miłość całego “Wietrznego Miasta”, których mecze ekscytują miliony. Canadiens z kolei stanowią firmę bez potrzeby rekomendacji – miasto na rzeką Św. Wawrzyńca to mekka hokeja.

Na potwierdzenie powyższych słów niech posłuży choćby statystyka z pierwszych finałowych meczów z tego i ubiegłego roku: inauguracyjne spotkanie pary Chicago Blackhawks – Boston Bruins śledziło na żywo w amerykańskiej telewizji 6 milionów 360 tysięcy widzów, teraz rozpoczynającą serię środową konfrontację w Staples Center w LA oglądało 4 mln 780 tys. Nie trzeba zbyt wielkiej wyobraźni aby zakładać, że ewentualny 1. mecz pomiędzy Hawks i Habs zgromadziłby co najmniej dwukrotnie większą publikę. A to nie wszystko. Za większym zainteresowaniem idą równolegle zwielokrotnione zyski z emisji reklam, sprzedaży gadżetów a także zwykłe dochody w barach i restauracjach, gdzie często kibice przeżywają na żywo mecze.

Jednakowoż czysto sportowa rywalizacja po raz kolejny bierze górą nad rachunkiem ekonomiczny. Nam, oczywiście, jest z naturalnych powodów żal, iż “Jastrzębie” nie obronią tytułu mistrzowskiego. Tu finanse mają poślednie znaczenie. Ale już w wypadku kierownictw NHL i NBC odczucia są nieco inne. Tym ostatnim wszak niewątpliwe szkoda straconego – albo może nie zarobionego – szmalu. Bo różnice w faktycznych i hipotetycznych zyskach są nazbyt duże, aby po cichu rachmistrze nie uronili łezki.

Leszek Pieśniakiewicz

meritum.us

foto: nhl.com