Znamy już komplet półfinalistów mundialu. Do Niemiec i Brazylii w sobotę dołączyły Argentyna i Holandia. Albicelestes minimalnie pokonali Red Devils, z kolei Oranje nie tyle awansowali do 1/2 finału co się wręcz wczołgali, jako że Los Ticos stawili im szokująco silny opór.

Do ćwierćfinałów XX Mistrzostw Świata mieliśmy prawdziwe misterium piłki nożnej. Mecze stanowiły fantastyczną propagandę futbolu. Dominował ofensywny styl gry z pięknymi szarżami i gradem strzałów oraz kapitalnymi golami, w ilości nieznanej kibicom od pół wieku tychże zmagań najlepszych reprezentacji globu. Później niestety stało się to co można było przewidzieć. Zaczęła obowiązywać boiskowa filozofia, podług której cel uświęca środki. Estetyka, jakość gry zeszły na dalszy plan a liczy się li tylko Puchar Świata. Wszak piękna, wyzbyta jakiejkolwiek kalkulacji gra może nie pomóc a nawet zaszkodzić w osiągnięciu celu nadrzędnego, jakim jest zdobycie tytułu mistrza globu.

68.551 sympatyków futbolu na trybunach Estádio Nacional w stolicy Kraju Kawy i Samby Brasilii już chyba po 20-25 minutach potyczki uświadomiło sobie, że mecz Argentyna – Belgia to będą piłkarskie szachy. Podobnie, jak to miało miejsce w piątkowych konfrontacjach Niemiec z Francją i gospodarzy turnieju przeciw Kolumbii. Scenariusz niemal identyczny w każdym ze spotkań. Szybko zdobyty gola, a potem wyrafinowana gra, w której więcej dyscypliny taktycznej z maksymalną kontrolą wydarzeń na murawie niż pięknej ofensywnej piłki. Nacisk położony na destrukcję poczynań rywala dążącego do wyrównania z przetrzymywaniem piłki jak najdalej od własnej bramki. Stąd też celnych strzałów niczym na lekarstwo.

“Biało-Błękitni” przez fazę grupową a także mecz 1/8 finału nie przeszli a raczej się prześlizgnęli. Wszystkie swoje 4 dotychczasowe spotkania Albicelestes wygrali różnicą zaledwie jednej bramki a 3 ich wygrane wisiały na włosku. Zapewniał je w sumie niemal w pojedynkę galaktyczny Lionel Messi, co z perspektywy kwalifikacji dalej i dalej cieszyło całą Argentynę ale musiało niepokoić selekcjonera Alejandro Sabellę. Tym razem ten ostatni w końcu mógł być zadowolony. Zespół jako całość po raz pierwszy zaprezentował się okazale i w drugim spotkaniu z rzędu rolę egzekutora przejęli inni. Ze Szwajcarią autorem zwycięskiego trafienia był Angel di Maria (niestety, kontuzja zakończyła na tym spotkaniu jego udział w mundialu), wczoraj jedyny gol meczu padł po świetnym uderzeniu z pierwszej piłki Gonzalo Higuaina. A sam Messi pokazał kolejne oblicze swojego geniuszu. Zrezygnował z przedzierania się przez gąszcz nóg obrońców rywali kończone soczystymi strzałami a wcielił się całkowicie w rolę kreatora gry. Przetrzymując maksymalnie długo futbolówkę ściągał niczym magnes dwóch, trzech rywali robiąc miejsce wbiegającym flankami partnerom. Pozostawało mu tylko uruchamianie tych ostatnich długimi podaniami. W pierwszej połowie boju z “Czerwonymi Diabłami” wielki Leo pokazał absolutny szczyt gry w roli tzw. playmakera.

Albicelestes znajdowali się przez większość meczowego czasu niby w defensywie, jakkolwiek Red Devils tym razem nie byli w stanie skutecznie ukuć. Gra się tak, jak przeciwnik na to pozwala a Messi i s-ka kontrolowali wydarzenia na placu gry w iście niemieckim stylu. W całym spotkaniu mieliśmy aby dwie sytuacje bramkowe – po jednej z obu stron. Tyle że podopieczni Sabelli już w 8. minucie swoją wykorzystali, a zespół Marka Wilmotsa do końca walił głową w mur, bez większego zagrożenia zresztą.

Zdaje się, że powtarzanie niczym mantra, że “Czerwone Diabły” są cichym faworytem mundialu zaszkodziło samym młodym gwiazdom belgijskim. Jak choćby mającemu być mózgiem zespołu Edenowi Hazardowi. Temu ofensywnemu pomocnikowi na co dzień występującemu w Chelsea Londyn udzieliły się wyraźnie – mimo nie tak dawnego konfliktu ze swoim szkoleniowcem – przywary charakterystyczne Number One, czyli Jose Mourinho. Ta sama bufonada, arogancja, zarozumialstwo czy wręcz bezczelność. Hazard miał publicznie, i to notorycznie, wygłaszać opinie, iż piłkarską klasą absolutnie nie ustępuję ani Messiemu, ani też Cristiano Ronaldo. Sobotni test prawdy pokazał, iż jeszcze daleka, bardzo daleka droga – jeśli w ogóle do przejścia – przed nim, by choćby zbliżyć się do poziomu reprezentowanego dziś przez wymienionych.

Notabene jego koledzy także nie grzeszyli skromnością, a i chyba Wilmots uparcie stawiał na niektórych graczy, którzy mu spektakularnych wygranych dać nie mogli. Jak choćby Marouane Fellainiego, osobiście dla mnie takiego belgijskiego – tyle, że o dwie, trzy klasy lepszego – Grzegorza Rasiaka. Też wielki, także dobrze grający głową, niemniej w rozgrywaniu piłki schematyczny, wręcz bezmyślny z rekordową ilością niecelnych podań. Wszystko to złożyło się na fakt, iż w ćwierćfinale “Czarny Koń” mundialu zdechł. Trochę na własne życzenie, a po trosze też chyba dlatego, że przeszkoda dla niego była zbyt wysoka.

Niemniej “Czerwone Diabły” to melodia przyszłości, a od Brasil 2014 będą traktowane już jako jeden z faworytów, członek elitarnego klubu najlepszych jedenastek świata a nie zespół na dorobku. Inna percepcja.

* ARGENTYNA – BELGIA 1:0 (1:0)
1:0 Higuain (8)
Argentyna: Sergio Romero – Pablo Zabaleta, Martin Demichelis, Ezequiel Garay, Jose Basanta – Lucas Biglia, Javier Mascherano, Ezequiel Lavezzi (71 Rodrigo Palacio), Lionel Messi, Angel di Maria (33 Enzo Perez) – Gonzalo Higuain (80 Fernando Gago).
Belgia: Thibaut Courtois – Toby Alderweireld, Vincent Kompany, Daniel Van Buyten, Jan Vertonghen – Kevin Mirallas (60 Dries Mertens), Axel Witsel, Marouane Fellaini – Eden Hazard (75 Nacer Chadli), Kevin De Bruyne, Divock Origi (59 Romelu Lukaku).
Żółte kartki: Biglia – Hazard, Alderweireld.
Sędziował: Nicola Rizzoli (Włochy).

No i któż by się spodziewał, że potyczka Holandii z Kostaryką na stadionie Fonte Nova w Salvadorze (widzów: 51.179) będzie tak dramatycznym widowiskiem. Bez bramek w normalnym czasie i dogrywce, dopiero sprawę na korzyść Oranje przesądził konkurs “jedenastek”. O ile chwalić można rewelacyjnych w całym turnieju Los Ticos to już zespół prowadzony przez Louisa van Gaala mocno rozczarował. Jego vis-à-vis Jorge Luis Pinto zdawał sobie w pełni sprawę z ograniczeń swoich podopiecznych stąd i zastosował taktykę klinczu, skomasowanej obrony z ewentualnymi kontratakami, bo i może niebiosa się zlitują i coś wpadnie do bramki faworyta. Drugi wariant się nie ziścił, jednakowoż w kwestii sił nadprzyrodzonych to i czuwały one długo nad dzielnymi Kostarykanami. Bardzo długo Dawid stawiał dzielny odpór Goliatowi. Na 120 minut trwającej zażartej walki gdzieś połowa z tego to była prawdziwa obrony Częstochowy, a mniej więcej 20-30 minut meczu można porównać do oblężenia Stalingradu. Sforsować zasieków ustawionych przez Pinto nijak chłopcom van Gaala się nie udało. Wszak albo Keylor Navas nieprawdopodobnymi interwencjami ratował kopciuszka światowej piłki nożnej, bądź też golkipera Kostaryki wyręczało obramowanie bramki. Słupek i dwa razy poprzeczka stawały na przeszkodzie w zdobyciu choćby jednego gola przez Oranje. Nie ulega jednak wątpliwości, że w sobotę nie widzieliśmy “mechanicznej pomarańczy” a nieco chaotycznych “pomarańczowych”. Tej klasy drużyna, z wielkimi aspiracjami i mająca w składzie wielkie gwiazdy formatu Arjena Robbena, Robina van Persie, Wesley’a Sneijdera czy Dirka Kuyta powinna “rozklepać” defensywę na pewno dzielnego, heroicznego w boju ale mało doświadczonego zespołu. A tu szarpanina, nerwy i ostateczne rozstrzygnięcie dopiero w loterii karnych. Przed którą pokerowa zagrywka selekcjonera Holandii miała na celu do minimum ograniczyć przypadek. Stąd już w dodatkowej minucie, doliczonej przez arbitra do drugiej części dogrywki między słupkami bramki Oranje Jaspera Cillesena zastąpił chyba szykowany tylko na taką ewentualność, czyli serię “jedenastek” Tim Krul. Fachowiec od tego stałego fragmentu gry okazał się zbawicielem reprezentacji Królestwa Niderlandów. Broniąc dwa strzały z “wapna” miał kardynalny udział we wprowadzeniu Holendrów do strefy medalowej.

* HOLANDIA – KOSTARYKA 0:0 karne 4:3
Holandia: Jasper Cillessen (121 Tim Krul) – Stefan de Vrij, Ron Vlaar, Bruno Martins Indi (106 Klaas-Jan Huntelaar) – Dirk Kuyt, Daley Blind, Wesley Sneijder, Georginio Wijnaldum – Memphis Depay (76 Jeremain Lens), Robin van Persie, Arjen Robben.
Kostaryka: Keylor Navas – Cristian Gamboa (79 Dave Myrie), Michael Umana, Giancarlo Gonzalez, Johnny Acosta, Junior Diaz – Christian Bolanos, Yeltsin Tejeda (97 Jose Miguel Cubero), Celso Borges – Bryan Ruiz, Joel Campbell (66 Marco Urena).
Żółte kartki: Martins Indi, Huntelaar – Diaz, Umana, Gonzalez, Acosta.
Sędziował: Rawszan Irmatow (Uzbekistan).

Na koniec coś okołoboiskowego, niemniej jest to fakt dający nieco do myślenia. Otóż hiszpański arbiter prowadzący potyczkę Brazylii z Kolumbią został oficjalnie przez kierownictwo FIFA pochwalony za ponoć świetne prowadzenie tego ćwierćfinałowego spotkania z udziałem gospodarzy. Tymczasem każdy bardziej wnikliwie obserwujący ten wyjątkowo brudny mecz, potrafiący czytać grę i dostrzegający niuanse sędziowania nie mógł mieć wątpliwości, iż Carlos Velasco Carballo sprzyjał Canarinhos. A teraz jest głównym kandydatem do prowadzenia ścisłego finału. “Konserwa” z kierownictwa światowego związku futbolu twierdzi uparcie, iż piłka nożna to gra błędów i na tym polega jej urok. Mylą się piłkarze, mylą się i arbitrzy. Tylko czy boiskowi rozjemcy aby zawsze mylą się w wyniku popełniania czysto ludzkiego błędu – czy też może wydają błędne decyzje z premedytacją? A to już nie mieści się w kategoriach błędu. Za tym stoją czynniki korupcyjne, koniunkturalizm i ostatecznie oznacza to udział w oszustwie.  Tym komunikatem FIFA jakby dała czytelny sygnał sędziemu, który będzie gwizdał podczas półfinałowej konfrontacji gospodarzy z Niemcami. Tylko że – mam taką nadzieję graniczącą z pewnością – nawet ewentualna przychylność arbitra nie pomoże “Kanarkowym”. Piłkarski multi-kulti znad Renu i Łaby zmiażdży reprezentację organizatorów Brasil 2014. Cuda się skończyły!

Pary półfinałowe:

* BRAZYLIA – NIEMCY (wtorek, 8 lipca,  3 pm czasu chicagowskiego)

* ARGENTYNA – HOLANDIA (środa, 9 lipca, 3 pm czasu chicagowskiego)

Leszek Pieśniakiewicz

meritum.us